środa, 20 listopada 2013

Rozdział 6

22 komentarze:
Mój szef z wyraźnym zadowoleniem dostawił do stołu krzesło dla Harry'ego... tuż obok mnie. Genialnie, po prostu zajebiście! Nie wiedziałam, że Styles ma jakąś rodzinę w Londynie. Nie byłam nawet świadoma, że ma jeszcze jakąkolwiek rodzinę! Wszelka jego znajomość z moimi przyjaciółmi jest dla mnie destrukcyjna, a co dopiero pokrewieństwo z Ryanem! To oznacza, że teraz będę widywała swojego prześladowcę częściej niż mogłabym przypuszczać. Wykorzysta każdą okazję żeby mnie zastraszyć, pod pretekstem spotkania z kuzynem w restauracji. Cholera, utknęłam w niezłym gównie.
-Jesteś stąd Harry?- Zapytała Sammy nabijając kawałek pomidora na widelec.
-Pochodzę z Holmes Chapel- Przyznał mój ex.- Ale przeniosłem się tutaj z powodu... pewnych nieuregulowanych spraw.- Błysk w jego zielonych oczach wyraźnie dał mi do zrozumienia, że chodziło właśnie o mnie.
-Przeprowadziłem się dzięki Ryanowi, pomógł mi znaleśc mieszkanie. Jest jedyną rodziną jaką mam.- Dokończył ckliwie, lecz szczerze. Wiedziałam, że nie ma już żadnych bliskich i aż do tego feralnego wieczoru nie miałam pojęcia o istnieniu jakiegoś kuzyna. Którym na moje nieszczęście okazał się Gardner.
-Holmes Chapel? Czy to nie ta sama miejscowość gdzie urodziła się...- Zaczęła Rose, ale szybko i skutecznie uciszyłam ją, zadając pod stołem mocnego kopniaka w jej kolano.
"Nie pogrążaj mnie Anderson..."- Pomyślałam niespokojnie. Pomimo, że przyjaciółka nie zrozumiała mojego napadu agresji, natychmiast zamilknęła uśmiechając się przepraszająco. Styles chyba jako jedyny zauważył rozgrywającą się między nami scenkę i zachichotał cicho.
-Spokojnie skarbie, złość piękności szkodzi- Wyszeptał mi do ucha, niedostrzeżony przez nikogo.
Przełknęłam nerwowo ślinę i zaczęłam wybijać paznokciami energiczny rytm na drewnianym blacie.
-Jak tam studia Grace? Rose mówiła rano, że niedługo próbne egzaminy drugoroczniaków.- Zapytał Charlie nieświadomie zmieniając temat, za co byłam mu ogromnie wdzięczna.
-Ech... całkiem nieźle. Powinnam się zacząć przeglądać starsze notatki z wykładów, bo chyba mało co pamiętam.- Odpowiedziałam trochę niepewnie, cały czas zestresowana obecnością swojego byłego.
-Poradzisz sobie.- Zapewnił mnie pokrzepiająco Charles.- A potem będziesz mogła ratować wieloryby i takie tam.- zaśmiał się pod nosem, na co Samantha trąciła go w ramię.
-Tak, właśnie o to mi chodzi.- Odparłam z uśmiechem. Temat ochrony środowiska lekko mnie rozluźnił.
- Za rok będziemy wyjeżdżać w teren na badania populacji zagrożonych gatunków i...- Oznajmiłam odważniej, jednak przerwałam w połowie zdania i wzdrygnęłam się. Poczułam dotyk ciepłej, dużej dłoni na swoim kolanie. Zirytowana zacisnęłam szczękę i bez wahania strąciłam łokciem swój kieliszek z winem. Ciemnoczerwona ciecz rozlała się na sam środek spodni Harry'ego, zostawiając trudną do sprania plamę. Zszokowany natychmiast cofnął swoją rękę i wstał próbując zetrzeć krople trunku z granatowego materiału.
-Ojej! Ale ze mnie niezdara, tak mi przykro!- Zawołałam z udawanym przejęciem.
"Wcale nie, masz za swoje kretynie!"- Pomyślałam triumfalnie. Na szczęście lampka z alkoholem upadła pod dobrym kątem, nie opryskując przy tym ani trochę mojej jasnej sukienki. Wszyscy zebrani chyba uwierzyli, że zrobiłam to zupełnie przypadkowo i byli rozbawieni moją nagłą nieudolnością. W duchu pogratulowałam sobie udanej gry aktorskiej. Za ten występ powinnam dostać Oscara! Chociaż w nagrodę wystarczył by mi po prostu święty spokój.
Kiedy Styles zużył już wszystkie leżące na blacie serwetki do pozbycia się zacieku na swoich portkach, co nie przyniosło żadnego rezultatu, postanowił odpuścić i wdał się w rozmowę z Charliem oraz Ryanem o jakiś "męskich sprawach".
-Mam ręce mokre od wina, pójdę do łazienki.- Oznajmiłam cicho i skierowałam się w stronę damskich toalet. Będąc w środku spłukałam pozostałości alkoholu ze swoich dłoni. Choć prawdę mówiąc nie przyszłam tam myć rąk. Chciałam jakoś uciec od tego rozbawionego towarzystwa, które nie wiedziało co przeżywam w środku pod obecność swojego byłego chłopaka na naszym spotkaniu. Nachyliłam się nad zlewem, wzięłam serię głębokich wdechów i pomasowałam palcami nasadę nosa , aby ukoić szalejące nerwy. Wtem ciężkie, szare drzwi łazienki otworzyły się i  pewnym krokiem do pomieszczenia wszedł nie kto inny jak Harry.
-Tu się chowasz słoneczko?- Zapytał retorycznie z tą perfidną iskierką w spojrzeniu.
-Wcale się nie ukrywam- Skłamałam próbując zachowywać się pewnie.- Nie wiem czy zdajesz sobie z tego  sprawę, ale wtargnąłeś do damskiego kibla, "słoneczko"- Oznajmiłam, akcentując ostatnie słowo z niesmakiem.
-Wiem, no i co?- Wzruszył ramionami i przeszedł kolejne kilka kroków zmniejszając dystans między nami.
-Jesteśmy w miejscu publicznym. Nie możesz mi nic zrobić.- Stwierdziłam hardo, jednak zaczynałam się już denerwować tą sytuacją.
-Publicznym? Jakoś nie widzę tutaj nikogo oprócz nas.- Styles wykonał obrót, rozglądając się po całej łazience. Ja również spojrzałam na dół kabin toaletowych w poszukiwaniu damskich nóg, jednak na moje nieszczęście nikogo nie dostrzegłam. Byliśmy sami. Utknęłam w łazience z popierdolonym psychopatą. Wspaniały wieczór, czyż nie?!
Stałam już tuż przy ścianie, próbując trzymać się jak najdalej od swojego oprawcy, jednak wiedziałam, że w tym niedużym pomieszczeniu nie uda mi się to na długo.
-Powiem przyjaciołom, że mnie napastujesz.- Zapewniłam, opierając dłonie na biodrach.
-Nikt ci nie uwierzy, Grace.
Harry chwycił klamkę od drzwi jednej z kabin, znajdującej się po mojej lewej i uderzył mnie nimi z impetem, otwierając je na oścież. Osunęłam się na ziemię i przyłożyłam dłoń do pulsującej od bólu skroni.
-Ups! Chyba właśnie uderzyłaś się w główkę. Kto będzie wiedział, czy mówisz prawdę? Przecież to wszystko to może tylko omamy?
- Ty... ty...- Oddychałam ciężko, próbując wymyślić odpowiednią obelgę, ale dyskomfort po jego ciosie faktycznie nie pozawalała mi zbyt racjonalnie myśleć. Wlepiłam w Stylesa nienawistne spojrzenie i powoli wstałam z podłogi. Poprawiłam ułożenie swojej sukienki zakryłam włosami miejsce uderzenia. Niech go szlag, będę tam miała siniaka wielkości dorodnej śliwki!
Harry zlustrował mnie od góry do dołu, oblizał  wargi i przywarł do mnie swoim ciałem, skutecznie uniemożliwiając mi drogę ucieczki. Zostałam uwięziona między nim a ścianą.
-Ale się na dzisiaj wystroiłaś kochanie...- Stwierdził, przejeżdżając palcem od mojego ramienia aż do uda. Szamotałam się, próbowałam jakoś uwolnić, ale nie dałam rady. Był za silny.
-Wyglądasz tak seksownie, że z chęcią wyruchałbym cię siłą na tej umywalce- Warknął do mojego ucha, lekko przygryzając jego płatek. Spojrzałam w bok na marmurowy blat, w który wbudowane były zlewy. Kurwa, czemu ja to sobie wyobraziłam?!
-...Ale twoi znajomi mogliby się zaniepokoić twoją zbyt długą nieobecnością. Chociaż teraz to też moi znajomi.- Dokończył cynicznie, składając mokre buziaki wzdłuż mojej szyi. Ugh... w innych okolicznościach, gdybyśmy cofnęli się w czasie o te trzy lata- może nawet by mi się to podobało. Teraz niekoniecznie.
Harry spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się tajemniczo, co wywołało pojawienie się u niego figlarnych dołeczków w policzkach. Zbliżył twarz i musnął swoimi wargami moje, po czym mocniej złożył nasze usta. Nie chciałam mu się poddać więc zacisnęłam szczękę, jednak on znając mój słaby punkt ścisnął mnie lekko za pośladek. Pisnęłam cicho, z oburzeniem otwierając buzię, co ułatwiło szatynowi pogłębienie pocałunku. Jego język wdarł się do mych ust i powoli zaczął intymną grę z moim. Uświadomiłam sobie co się dzieje, a wtedy cwana myśl zaświtała mi do głowy. Skoro Harry'emu chodzi o to, żeby mnie zdominować- co zazwyczaj mu się udaje- mogę go zniechęcić, jeżeli nie pozwolę mu na przejęcie kontroli. Postanowiłam działać wedle zasady "ogień zwalczaj ogniem". Przylgnęłam biodrami do postawnego ciała Stylesa i kładąc mu dłoń na karku przyciągnęłam go bliżej, przez co mogłam mocniej wpić się w jego wargi. Palce drugą dłoni wplotłam w jego włosy i delikatnie ciągnęłam za brązowe loki, wywołując ciche mruczenie i jęki wydobywające się z jego krtani. Chyba spodobało mu się moje postępowanie, gdyż objął mnie w pasie i zażarcie kontynuował nasz namiętny pocałunek. Przeniosłam obie ręce na tors Harry'ego, który niespokojnie unosił się i opadał. Ja byłam powodem, przez który emocje buzowały w jego ciele. Uśmiechnęłam się delikatnie, widząc, że dalej tak na niego działam.Ostatni raz oddałam całusa, chwyciłam za kołnierz marynarki swojego ex i obróciłam go, dzięki czemu teraz on znajdował się przy ścianie, a ja miałam wolną drogę ucieczki. Odsunęłam się szybko i ruszyłam do drzwi zostawiając oniemiałego szatyna na drugim końcu pomieszczenia.
-Minęły trzy lata, a ta sztuczka dalej działa.- obróciłam się i powiedziałam z satysfakcją, zanim wyszłam z łazienki.
Wróciłam na salę  restauracyjną, gdzie moja ekipa śmiała się do rozpuku z jakiejś głupiej anegdoty Charliego. Samantha oparła głowę na stole i chichotała jak niedorozwinięta hiena, Joel rozbawiony owym żartem walił pięścią w drewniany blat, Ryan wręcz płakał z radości a Charlie dumny ze swego poczucia humoru wymyślał już następny żenujący dowcip. Aha, już musieli się uchlać.
-Rose, pójdziemy już?- zapytałam błagalnie, na co przyjaciółka przytaknęła i wstała od stołu. Była lekko zażenowana, gdyż jako jedyna nie była jeszcze pijana. Dzięki Bogu za tą dobrą dziewczynę u mego boku!
-Dobranoc, do zobaczenia w poniedziałek.- pożegnałyśmy się, na co rozbawiona reszta towarzystwa tylko nam pomachała i wróciła do swojej konwersacji. Niech się bawią, jest ledwo po 21:00, ale ja nie marzę już o niczym innym jak o powrocie do domu.
Po 15 minutach jazdy taksówką znalazłyśmy się u mnie. Szatynka odprowadziła mnie do drzwi i chciała zejść piętro niżej do swojego mieszkania, jednak zatrzymałam ją.
-R... Rose zostaniesz ze mną?- poprosiłam cicho. Przyjaciółka spojrzała na mnie czule i skinęła  głową. Zauważyła, że jestem trochę nieswoja i dobrze się domyślała. Przygotuj się na długą noc Rosie, mam ci dużo do wyjaśnienia.
 ______________________________________________________________________________

Cześć i czołem, kluski z rosołem!
Postaraliście się z komentarzami, więc w nagrodę wstawiłam rozdział już dziś!
Mam nadzieję, że dalej będziecie się udzielac.
Do następnego! :) ♥

poniedziałek, 18 listopada 2013

Rozdział 5

13 komentarzy:
Zakładka "Bohaterowie" została już w całości uzupełniona, dlatego polecam zapoznać się z wszystkimi postaciami zanim zaczniecie czytać ten rozdział, będzie to potrzebne ;)
__________________________________________

z dedykacją dla Anity, za całe wsparcie i pomoc, które mi okazuje ♥

Z uwagą i zaciekawieniem przyglądałam się Rose, która wedle mojej prośby właśnie miała zaprosić Ryana na nasze wieczorne wyjście. Zanim jednak moja przyjaciółka zdecydowała się ruszyć w stronę naszego szefa oraz- jak już wszyscy zdążyliśmy zauważyć- jej obiektu uczuć, odwróciła się do mnie i wymachiwała coś rękami, a po jej twarzy można było dostrzec, że trochę panikuje. Uśmiechnęłam się w celu dodania jej otuchy i zachęcającym ruchem głowy wskazałam kierunek pracowniczego zaplecza, chociaż doskonale go znała. Rosie zacisnęła dłonie w pięści, rozluźniła je i poprawiło nieco ułożenie swoich włosów. Następnie wzięła głęboki wdech i równym, lecz lekkim krokiem weszła do szatni. Jasnobrązowe drzwi z błyszczącą plakietką "Pomieszczenie służbowe" pozostały odpowiednie uchylone, dlatego bez problemu mogłam dalej obserwować rozgrywającą się scenkę.
Na widok Rose, Ryan natychmiast się rozpromienił. Dotychczas napięty wyraz twarzy momentalnie złagodniał, a kąciki jego ust delikatnie uniosły się do góry.
-Um... hej...- speszony wybełkotał przywitanie, chociaż widzieli się już tego dnia tysiące razy.
-Hej...- odpowiedziała Rosie, posyłając mu swój subtelnie piękny uśmiech.- Już kończysz?- zapytała zauważając, że jego szafka była otwarta.
"Nie, tylko wychodzi sobie do domu w środku roboty, geniuszu!"- skomentowałam sarkastycznie w myślach.
-Tak, dzięki Bogu, bo jestem dość zmęczony.- odparł nasz szefuńcio, nie zważając na głupotę pytania mojej kumpeli.
Okej, pomińmy to.
-No właśnie... bo ja... właśnie miałam zapytać...- jąkała się się Rose.
"Wyduś to z siebie kochana!"- dopingowałam ją mentalnie.
-...Czy nie wybrałbyś się z nami gdzieś wieczorem?- powiedziała wreszcie, niepewnie błądząc oczami po pomieszczeniu.- Z całą pracowniczą ekipą, kolacja albo kilka drinków, spędzilibyśmy miło czas.- wyjaśniła, a na jej policzkach zagościł uroczy rumieniec.
-Em... ja...- chłopak zastanowił się chwilę, wpatrując się w Rosie badawczo. Ona spojrzała na niego spod długich rzęs, a jej twarz jeszcze mocniej się zaróżowiła. Wyglądała tak delikatnie i naturalnie pięknie, że gdybym zmieniła płeć lub orientację sama bez wahania bym się z nią umówiła. Urok panny Anderson najwyraźniej zadziałał, gdyż oniemiały z zachwytu Ryan zaniemówił, napawając się jej urodą i obecnością.
-Rozumiem... my... my zrozumiemy, jeśli masz inne plany- zapewniła dziewczyna nieskładnie cicho.
-Szczerze mówiąc umówiłem się z kimś z rodziny na ten wieczór...
-Och, dobrze... nie ma sprawy...- stwierdziła Rosie, po czym nie chcąc dać po sobie poznać zawiedzenia, odwróciła się na pięcie i właśnie miała wychodzić, gdy szef złapał ją za rękę.
-Ale myślę, że da się to jakoś rozwiązać.- dokończył tajemniczo, ale z widoczną radością, kiedy moja przyjaciółka się do niego odwróciła.
-Czyli przyjdziesz?- upewniła się z nadzieją w oczach.
-Postaram się- odparł Ryan z uśmiechem, na co Rose od razu odpowiedziała tym samym, ukazując równiutki rządek idealnie białych zębów.
Stali tak przez dłuższą chwilę, wpatrując się w siebie, uśmiechając i trzymając się za ręce. Nagle dostrzegli co robią, wybudzili się z owego transu i odskoczyli od siebie zawstydzeni, jednak mogłabym założyć się o każde pieniądze, że ani trochę nie żałowali swojej małej chwili roztargnienia. Następnie pożegnali się, szef wyszedł z restauracji, a moja przyjaciółka dołączyła do mnie za barową ladę. Triumfalnie zamachałam rękami w górze, po czym z piskiem radości wpadłyśmy sobie w ramiona. Byłam dumna z jej odwagi, co wyraziłam w mocnym i długim uścisku. Nie dało się ukryć, że Rosie cieszyła się z rozwoju wydarzeń i dzięki temu pozytywnie nastawiła się na wieczorne spotkanie- tak jak ja.
Zabawę czas zacząć!

~*~
Było już dawno po 18, kiedy kończyłam przygotowania do wyjścia. Uśmiechnęłam się zadowolona do swojego odbicia w lustrze, kiedy udało mi się narysować perfekcyjną czarną kreskę na swojej powiece. Odłożyłam eyeliner na szafkę i sięgnęłam po mascarę. Dokładnie naniosłam tusz na rzęsy sprawiając, że wyglądały na ciemniejsze, dłuższe i gęściejsze. Następnie pomalowałam usta jasną szminką w kolorze brzoskwini oraz nadałam im połysku dzięki bezbarwnemu błyszczykowi. Odcisnęłam nadmiar pomadek na chusteczkę, założyłam jeszcze niewielkie kolczyki i byłam gotowa. Włosy zostawiłam rozpuszczone, lecz naturalnie lekko pofalowane.
Dokładnie i ostatecznie oceniłam swój wyjściowy ubiór. <klik> Przygładziłam materiał opinającej, biało-brzoskwiniowej sukienki z baskinką oraz złotym paskiem w pasie. Była nowa, kupiona ledwo tydzień temu, za ciężko zarobioną tygodniową pensję. Do metalowej sprzączki dopasowałam równie złocisty, długi naszyjnik, który kaskadami układał się na moim dekolcie. No i moje ukochane, mieniące się brokatem szpilki w kolorze brudnego różu. Na szafce czekała jeszcze na mnie poręczna, jasna torebeczka ze złotymi akcentami. W tym stroju czułam się wyjątkowo dobrze. Dodawał mi wdzięku i pewności siebie, których- w moim przekonaniu- brak mi na co dzień.
-Co sądzisz?- zapytała Rose wychodząc z mojej łazienki i wykonując obrót wokół własnej osi. Jej bordowa kiecka efektownie zawirowała w powietrzu.
-Cudnie- przyznałam szczerze.- Gardner będzie zachwycony!- zachichotałam, na co speszona Rosie starała się ukryć uśmiech, przez myśl o Ryanie.
-Ty też prezentujesz się prześlicznie- powiedziała, nachylając się nad toaletką do makijażu, gdzie siedziałam, i oplotła mnie ramionami. Odwzajemniłam uścisk, spoglądając na nasz wspólny portret w szklanej tafli lustra. Wyglądałyśmy naprawdę ładnie. Obróciłam się do przyjaciółki, żeby dokładniej przyjrzeć się jej aparycji.
Rose miała na sobie <klik> ciemnowiśniową sukienkę z koronki, z dekoltem w kształcie serca. Kreacja była rozkloszowana u dołu i  kończyła się w połowie uda, co wspaniale eksponowało smukłą figurę panny Anderson: idealnych rozmiarów biust, wcięcie w talii i długie nogi. Zdecydowanie miała się czym pochwalić. Do tej kreacji ubrała jeszcze elegancki sweterek oraz czarne szpilki. Na szyi pobłyskiwał równie ciemny naszyjnik z kamyczków, ułożonych w kwiatowy wzór, a w komplecie miała podobne, wiszące kolczyki. Uśmiechnęłam się na obraz pięknej kumpeli, jednak nurtował mnie pewna pustka w jej stroju. Przygryzłam wargę w zastanowieniu.
-Czegoś mi tu brakuje...-mruknęłam pod nosem i rozglądnęłam się po swoim pokoju. Mój wzrok zatrzymał się na półce z torebkami. Bingo!
- Będzie ci potrzebna- oznajmiłam z uśmiechem, podając szatynce bordową kopertówkę na ciemno metalicznym łańcuszku.
-Och Grace, takiej szukałam!- podziękowała wdzięcznie, a ja w odpowiedzi szepnęłam krótkie "nie ma za co".
-Taksówka już czeka.- oznajmiłam wyglądając przez okno.
-W takim razie chodźmy już, bo nasze towarzystwo może się niecierpliwić.- zachichotała Rose, po czym wyszłyśmy z mojego mieszkania.


~*~

Umówiliśmy się w "Verre"- przytulnym lecz eleganckim knajpo-klubie. Była to bardzo fajna miejscówka; można tam posiedzieć, pogadać oraz napić się i potańczyć w odrębnej części pomieszczenia.
-Gotowa?- zapytałam Rose i mrugnęłam do niej porozumiewawczo, zanim pociągnęłam za szklane drzwi. Przyjaciółka skinęła lekko głową, choć na jej twarzyczce dostrzegłam niepewność i zwątpienie.
-Spokojnie, na pewno będzie ekstra.- zapewniłam, gładząc ją pokrzepiająco po plecach.
Weszłyśmy do lokalu i rozglądnęłyśmy się w poszukiwaniu naszych znajomych. Od razu usłyszałyśmy wołający nas głos Charlesa i szybko udałyśmy się w tamtą stronę.
-Hej!- przywitałyśmy się równocześnie, a zebrana ekipa
odpowiedziała nam tym samym. Przy dużym stoliku w rogu sali siedzieli tylko Joel i Charlie z Samanthą.
"Miło, że przyszedł z dziewczyną, będzie nam raźniej."- stwierdziłam radośnie w myślach. Sammy, jak ją nazywano, powiększyła nasze damskie grono, dzięki czemu nie czułyśmy się z Rosie tak wyobcowane wśród zgrai facetów. Było raczej oczywiste, że Brianna, nasza restauracyjna pomoc kuchenna i sprzątaczka, nie pojawi się ze względu na swoje maleńkie pociechy, gdyż dalej przysługiwał jej urlop macierzyński.

Z moich rozmyślań wyrwała mnie siedząca na przeciwko Rose, która kopnęła mnie pod stołem. Auć! Prosto w piszczel! Pisnęłam cicho przez pulsujący ból w nodze, jednak szybko zorientowałam się o co chodziło przyjaciółce. Prosto w naszą stronę kroczył Ryan, ubrany w białą, nie do końca zapiętą koszulę i grafitowe spodnie do kompletu z marynarką. Co tu ukrywać- wyglądał świetnie. Uśmiechnął się szeroko do Rosie i szarmancko ucałował jej dłoń, patrząc w oczy, po czym kurtuazyjnie zapytał czy może się przysiąść. Boże, daj na ziemi więcej takich dżentelmenów! Oczywiście wszyscy się przytaknęli na jego prośbę, więc Gardner zajął miejsce obok mojej przyjaciółki.
-Miałem się dzisiaj spotkać z moim kuzynem, ale ze względu na was zaprosiłem go tutaj. Nie macie nic przeciwko?- zapytał potulnie nasz szef.
-Pewnie, że nie, im więcej tym weselej.- przyznał Joel, na co wszyscy się z nim zgodzili.
-Świetnie, powinien zaraz tu być- oznajmił Ryan, patrząc na zegarek.
-Dopóki czekamy, może chcecie coś do jedzenia, picia? Zaraz zawołam kelnera.- stwierdził Charlie.
-Ja z chęcią coś zamówię, umieram z głodu od południa!- zaśmiałam się i chwyciłam kartę dań leżącą na środku stołu. Wybrałam sałatkę Cezar i lampkę czerwonego wina. Tym lekko alkoholowym akcentem postanowiłam wkroczyć w imprezowy nastrój naszego spotkania. Wszyscy podyktowali swoje zamówienia pracownikowi knajpy, pogrążyliśmy się w ożywionej rozmowie. Jak przystało na studentkę Wydziału Ochrony Środowiska, właśnie roztrząsałam z Samanthą temat kosmetyków testowanych na zwierzętach, kiedy zaobserwowałam uczuciowe zajście między moją najlepszą przyjaciółką a naszym szefem.
-Wyglądasz przepięknie...- wyszeptał Rosie do ucha, odgarniając jej długie, jasnobrązowe włosy do tyłu.
-Dziękuję, ty... ty również.- dziewczyna zająknęła się uroczo i spojrzała na Ryana przygryzając zmysłowo wargę. Pewnie, gdyby byli sami, mieliby ochotę rzucić się na siebie, ale to nie byłoby w stylu żadnego z nich. Kiedy czerwona serwetka zsunęła się ze stołu, ich ręce zetknęły się, równocześnie próbując ją podnieść.
-Ci dwoje chyba coś kręcą ze sobą, prawda?- zapytała Sammy, figlarnie poruszając brwiami.
-O tak, nie da się nie zauważyć.- przyznałam.
-Pasują do siebie jak cholera! Aż iskrzy między nimi, ach ta namiętność!- rozemocjonowała się Sam.
-Dokładnie! Są bratnimi duszami, powinni już dawno być razem, ale oboje są tacy niedostępni- oznajmiłam oburzona. Przyłożyłam kieliszek do ust i zamarłam, kiedy dostrzegłam tak dobrze znaną sylwetkę przy wejściu od strony dyskoteki.

CO DO CHOLERY ROBI TU HARRY?!
Zaskoczona wytrzeszczyłam oczy i zachłysnęłam się winem. Szybkim, płynnym ruchem zarzuciłam swoje blond włosy na drugie ramię, próbując zasłonić twarz. Nagle Gardner niechcący przerwał wszystkie przyjacielskie pogaduchy wstając od stołu i wskazując w stronę drzwi.
-Nareszcie jest nasz spóźnialski!- zawołał nadzwyczaj wesoło.

Styles niechybnie zbliżał się do naszego stolika, co przyprawiało mnie o ciarki na całym ciele. Ale po co? Czy wiedział, że będę w tym lokalu? Po cokolwiek przyszedł, zdecydowanie udało mu się popsuć mi humor...
Następna wypowiedź Ryana totalnie wmurowała mnie w krzesło:
-No kochani, przedstawiam wam mojego kuzyna Harry'ego.
Zszokowana odwróciłam głowę ich stronę. Mój były chłopak stał tuż obok i uśmiechał się zawadiacko, ochoczo witany przez moich znajomych. Zatrzymał na mnie swój wzrok i posłał mi przeciągłe spojrzenie prosto w oczy.
"Witaj Grace"- wypowiedziały bezgłośnie jego usta, ale chyba nikt prócz mnie tego nie dostrzegł. Poczułam dreszcze przechodzące przez długoś
c kręgosłupa.
Chwila...
Harry jest kuzynem Ryana?!

Mam przejebane.

________________________________________________________________

Hej, haj, heloł!
No kochani, dotarliśmy już do 5 rozdziału! Jak Wam się podoba?
Wybaczcie długi odstęp między postami, ale byłam bardzo zarobiona :c
Teraz jestem chora, więc siedzę w domu i postanowiłam wynagrodzić Wam czekanie, długim rozdziałem ^^
A w następnym czeka Was jeszcze więcej emocji! Brutalna akcja dopiero się zaczyna :D

"Get ready... Fear is coming"

Dziękuję za 17 obserwatorów! Kocham Was ♥
Do następnego razu!

Nowy rozdział= 10 komentarzy

czwartek, 14 listopada 2013

Zwiastun

4 komentarze:

Zwiastun mojego Fanfiction Fear wykonany przez moją przyjaciółkę Ann. ♥ :
 

Dziękuję kochana

Podoba Wam się? Mnie bardzo :)
Mam nadzieję, że to jeszcze bardziej zachęci Was do czytania tego bloga i zaciekawi tak jak cała historia Garce i Harry'ego!
Luv ya, xx

piątek, 1 listopada 2013

Rozdział 4

10 komentarzy:


Następnego dnia obudziłam się lekko otumaniona. Leżałam skulona na łóżku, okryta tylko białym ręcznikiem, którym opatuliłam się po wczorajszej kąpieli, a w dłoni zaciekle ściskałam swój telefon. Byłam tak zmęczona wczorajszą rozmową z Harrym, bolesnymi wspomnieniami i płaczem, że z miejsca usnęłam jak dziecko. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał 9:05.
-Jasna cholera, spóźnię się do pracy!- wykrzyknęłam zaaferowana. Pędem zerwałam się z łóżka, wyciągnęłam z szafy bieliznę oraz byle jaki T-shirt i jasne dżinsy. Pobiegłam do łazienki, przemyłam twarz chlustem zimnej wody, rozczesałam włosy i spięłam je w wysoki kucyk; jako makijaż nałożyłam tylko czarny tusz do rzęs i błyszczyk w kolorze malinowego różu. Wróciłam do sypialni, chwyciłam torebkę, wrzuciłam do niej telefon, po czym zbiegłam na dół, wyszłam z domu i zamknęłam drzwi na klucz. Ile sił w nogach pognałam w stronę restauracji.
-Muszę zdążyć, muszę!- powtarzałam uparcie w myślach. Big Ben wskazywał 9:20. - Mam tylko 10 minut!- pisnęłam spanikowana i przyśpieszyłam bieg. Zaczynałam już opadać z sił, kiedy tuż obok w wolnym tempie przejeżdżał samochód.
Czarne. Sportowe. Porsche.
Czyżby…
-Potrzebujesz podwózki, Grace?
…To był Harry.
-Nie! NIC od ciebie nie potrzebuję!- wykrzyknęłam wściekle bez namysłu.
-A może jednak? Nie byłoby przyjemnie, gdybyś nie zdążyła…- ciągnął Styles ze sztuczną uprzejmością.
Przypomniałam sobie słowa Ryana, mojego szefa, kiedy przyjmował mnie do pracy zaledwie półtora roku temu:
„Mam nadzieję, że będę mógł na tobie polegać. Największą rzeczą, której nienawidzę i nie toleruję jest niepunktualność, więc lepiej wystrzegaj się tego jak ognia. Jedno potknięcie i mogę nie być taki miły.” Jak dotąd udawało mi się sumiennie spełniać to polecenie, bo nigdy nie byłam typem guzdrały, ale akurat dziś wyjątkowo czas nie płynął na moją korzyść.
-Proszę…- Harry otworzył drzwi od strony pasażera. -To tylko parę przecznic. No wsiadaj, no…- powiedział wręcz błagalnie, z zawadiackim uśmiechem, który wywołał pojawienie się uroczych dołeczków w jego policzkach.
Niepewna, zerknęłam na zegar. Była już 8:25.
-Ugh, kurwa, niech ci będzie!- warknęłam niezbyt przyjaźnie i wsiadłam do auta.
-Dobra decyzja- zachichotał Harry i mocno nacisnął pedał gazu. -Co ty byś beze mnie zrobiła?- zapytał ironicznie, kręcąc kosmyk swoich loków na palcu. Spostrzegłam, że udawała mnie, kiedy się zamyślam.
-Nie zmarnowałabym 2 lat życia i swojego zdrowia.- odparłam uszczypliwie, zauważając, że podjechaliśmy pod moje miejsce pracy. Jego wóz był na serio szybki.
-Dziękuję.- rzuciłam z przekąsem wysiadając z auta i pobiegłam do restauracji. Myślałam, że Hazz mnie zatrzyma, lub skomentuje moje negatywne zachowanie, ale tym razem chyba się powstrzymał.
-Proszę bardzo, zawsze do usług!- odkrzyknął radośnie, ruszając dalej ulicą.
Chyba ma dziś wyjątkowo dobry humor, bo tym podobne zachowanie było u niego rzadkością, a raczej wspomnieniem z dawnych lat…


Wbiegłam do budynku głównym wejściem, by tracić czasu na okrążanie restauracji i dostawanie się tam tylnym.  Pociągnęłam przeszklone drzwi i od razu wbiegłam na zaplecze, wrzuciłam torebkę do służbowej szafki, zawiązałam w pasie czarny fartuszek, przypięłam firmową plakietkę z moim imieniem i będąc już gotowa stanęłam za barkiem.
-A gdzie podziewa się…- dobiegł mnie głos szefa z magazynu. Chwile później pojawił się przed moją ladą.
-…Grace, jesteś! Igrałaś z ogniem, ale udało ci się. Miałaś dobry czas.- zaśmiał się Ryan, wskazując na zegarek. -Jest 9:29, masz jeszcze minutkę dla siebie.- zabawnie mrugnął do mnie i odszedł do swoich spraw, a ja odetchnęłam z ulgą.

Mój szef był całkiem fajnym gościem. Całkiem przystojny, bystry, z poczuciem humoru. Miał talent i zamiłowanie do interesów, więc jakiego biznesu by się nie chwycił- wyciągał z niego duże zyski. Był tak wyrachowany, jakby spędził na takiej robocie już dobre trzydzieści pięć lat, choć on sam miał zaledwie 26. No, a ta jego obsesja na punkcie punktualności… Bywa trochę męcząca, ale chyba już zdążyłam się przyzwyczaić. Nie mam co narzekać, skoro to najwyraźniej jedyny minus tej pracy.

Dwie godziny później, kiedy zdążyłam już poustawiać krzesła i wysprzątać całe pomieszczenie, drzwi restauracji otworzyły się po raz setny tego dnia i pojawiła się w nich para z małym dzieckiem. Podeszłam do nich i wskazałam dwuosobowy stolik z dostawianym, wysokim krzesełkiem dla maluszka. Następnie podałam im karty i w oczekiwaniu na ich wybór wróciłam do pomieszczenia dla pracowników. Spotkałam tam nikogo innego jak Rose, która szybko i niezdarnie wiązała fartuch.
-Hej Grace.- wymamrotała.
-Hej Rosie.- odparłam zdrobniale. -Ktoś tu się spóźnił…- drażniłam się z nią.
-Oh, nie przypominaj mi!- odfuknęła.
-Ha ha, spokojnie, ja też o mały włos bym nie zdążyła.
Na zapleczu pojawił się Ryan, spojrzał na Rose i zmieszany wydusił z siebie „Hej”. Uśmiechnął się do niej słodko, spuścił wzrok i wyszedł. Nie było ani słowa o jej ponad 15 minutowym spóźnieniu, żadnej pogadanki, reprymendy, gróźb, zwolnienia. Nic, tylko te uśmieszki i spojrzenia. Chyba się w sobie bujają, dlatego Ryan przymknął oko na jej wykroczenie.
-Co to było?- zachichotałam do Rose, opierając rękę na biodrze.
-No… Nic… O c… co ci chodzi…?- wyjąkała speszona. Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu.
-Coś się między wami święci…- powiedziałam tajemniczo. –Widzę to.- dokończyłam z szelmowskim uśmiechem i wróciłam z powrotem do klientów. Młoda para z dzieckiem zdecydowała co chcą zamówić, więc podeszłam do nich i zaczęłam notować.
-Ja poproszę bruschetty z pomidorami i bazylią, a do tego risotto z kurczakiem.- zaczęła jasnowłosa kobieta.
-Dla mnie pieczony filet z łososia z brązowym ryżem.- zadecydował jej partner.
-Możemy jeszcze prosić kisiel dla naszego synka?- zapytała znowu blondynka, na co około dwuletni chłopczyk uśmiechnął się uroczo, ukazując jedyne cztery ząbki.
-Oczywiście, zaraz będzie gotowe.- odpowiedziałam uprzejmie i poszłam na kuchnię, by zanieść zamówienie szefowi kuchni.
Nasz kucharz Charlie stał właśnie przy kuchence i energicznie mieszał
jasnobrązową ciecz, zapewne przygotowywał sos do pieczeni.
-Z czym przychodzisz?- zagadnął i odwrócił się w moją stronę.
Risotto i łosoś, dla ciebie łatwizna.- odparłam z uśmiechem podając mu karteczkę, z bardziej szczegółowym opisem dań, którą zanotowałam. -A do tego obowiązkowo kisiel, ale przestudzony, dla maluszka.
-Przyszli z dzieckiem?
-Tak, uroczy chłopczyk. Choć nie tak jak słodki jak Aiden.- przyznałam na wspomnienie ślicznego bratanka Charliego, którego miałam okazję poznać tydzień temu. Właściwie, był on jednym z najładniejszych bobasów jakie kiedykolwiek widziałam.
-No wiadomo, w końcu mały odziedziczył urodę po wujku.- zachichotał Charles i zabrał się za łososia.
-Zauważyłaś, że coś iskrzy między Ryanem i Rose?- zmienił temat  Joel, pomocnik kuchenny.
-Oczywiście! To moją najlepsza przyjaciółka, zawsze widzę kiedy coś się święci.- zaśmiałam się. -Niecałe pół godziny temu nasz szef nie zrobił żadnej awantury o jej piętnastominutowe spóźnienie.
-Żartujesz?!- zdziwił się Charlie przenosząc wzrok z patelni mnie. -To do niego niepodobne.- pokręcił głową w zamyśleniu.
-Tak to jest kiedy ktoś się zakocha, przestaje być całkiem sobą i nie myśli logicznie.- stwierdził trafnie Joel .
-Świetnie to ująłeś.
-A co powiecie na małe spotkanie dziś wieczorem? Cała nasza pracownicza ekipa, pogadalibyśmy, napili się wina. Może udałoby nam się spiknąć Rosie z Ryanem…- przedstawił swój pomysł Charles.
-Genialny pomysł, o ile reszta ma wolny czas.- przytaknął Joel.
-Ja jestem dziś wolna i z chęcią przyjdę. Uproszę Rose, żeby też z nami poszła.- postanowiłam.
-Ale jak ściągniemy tam naszego szefuńcia?- zapytał kucharz z uśmiechem.
-Zarzucimy przynętę a on połknie haczyk…- zachichotałam, na co chłopaki spojrzeli na mnie zdziwieni. –Mam na myśli, że skoro uda mi się przekonać Rosie, to ona sama zaciągnie tam Ryana.- powiedziałam rozkładając ręce, jakby mój pomysł był oczywistą oczywistością.
-Ty to masz łeb!- Joel pochwalił moją dedukcję.
-Ach, nie schlebiaj mi tak, bo od tych pochwał rozpłynę się jak masełko na tym łososiu!- zachichotałam, udając gorąco. –Który już dawno powinien leżeć na stoliku nr 3 i być pałaszowany przez tamtego faceta, więc lepiej się pośpiesz Charlie!- ponagliłam go, lekko uderzając kuchenną ścierką.
-Tak jest!- odparł Char stając na baczność i salutując mi. –Może się pani odmeldować, kisiel i risotto gotowe!
-Dobra robota szeregowy!- odpowiedziałam mu tym samym i poszłam zanieść dania klientom.
Znajdując się już na sali podeszłam do klientów.
-Proszę bardzo.- powiedziałam uprzejmie podając kobiecie bruschetty.
-A to dla małego księcia.- uśmiechnęłam się do około rocznego chłopczyka, stawiając przed nim kisiel.
-Brrrr… Datatatata…- odpowiedziały mi urocze, niezrozumiałe odgłosy.
-Reszta zamówienia będzie gotowa za chwileczkę.- oznajmiłam i wróciłam za kawiarnianą ladę.
Na Sali mignęła mi zgrabna sylwetka Rose, przemieszczająca się między stolikami.
-Rosie!- zawołałam ściszonym głosem, aby nie przeszkadzać gościom lokalu. Przyjaciółka podeszła do mnie i oparła łokcie o szary blat.
-Co tam? O co chodzi?
-Pomyśleliśmy z chłopakami, że moglibyśmy wybra
ć się gdzieś razem dziś wieczorem, takie kameralne spotkanie całą pracowniczą ekipą. Może mogłabyś wpaść?
-Hmmm...- zamyśliła się.
-No proszę Rose, tak dawno nigdzie nie wychodziliśmy, rozerwijmy się trochę.- posłałam jej błagalne spojrzenie. Wreszcie w odpowiedzi skinęła głową, na co moją twarz rozjaśnił promienny uśmiech.
-No dobrze, może by
ć fajnie.- przyznała niepewnie.
-Super! Nie pożałujesz, uwierz mi, będzie świetna zabawa.- zapewniłam ją.- Ale...
-Jest jakieś "ale"?- przyjaciółka zachichotała nerwowo.
-Mogłabyś zaprosi
ć Ryana?
Zaskoczona moimi słowami Rose upuściła szklankę, która z hukiem roztrzaskała się o podłogę. Zachichotałam, rozbawiona jej zdenerwowaniem i pomyślałam z uśmiechem: "To zdecydowanie będzie niezapomniany wieczór."
__________________________________

Na wstępie:
Wybaczcie, że musieliście tak długo czeka
ć, ale miałam nawałnicę zajęć, głównie nauki, także nie miałam czasu dla siebie ;-; Niestety z tych samych powodów nie mam pojęcia kiedy uda mi się wstawi
ć kolejny rozdział :/ Przepraszam. Mam nadzieję, że ten się podoba.
Aaaaa, no właśnie...
Do zakładki "Bohaterowie" doszły nowe osoby! Mianowicie Rose, Ryan, Charlie i Joel. Zapoznajcie się z nimi, na pewno się polubicie ;)
Do następnego razu kochani. xx