czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział 13

9 komentarzy:
Uwaga! Rozdział zawiera sceny o lekkim zabarwieniu erotycznym.
_______________________________________________________



~Rose~

   Całe popołudnie spędziłam wysiadując w fotelu na tarasie, leniwie popijając kawę. Delikatne promienie słońca ogrzewały moje ciało, które ledwo co wygramoliło się ze swojego przytulnego łóżka po poobiedniej drzemce. Do uszu dobiegało wesołe ćwierkanie ptaków, a słodko-gorzkawy smak cappuccino pieścił moje kubki smakowe z każdym upajającym łykiem. Reszta dnia zapowiadała się świetnie, aż z wyjątkową radością myślałam o pójściu do pracy, by zastąpić Grace. Blondynka zapewne przesypiała na swojej kanapie kolejną godzinę. Z błogiego rozmyślania wyrwało mnie narastające dobijanie się do drzwi. Niechętnie wstałam i pognałam by otworzyć. Moim oczom ukazał się nie kto inny, tylko właśnie Grace. Kiedy ostatni raz do niej zaglądałam, smacznie chrapała. Futerko Fever widocznie łaskotało ją po buzi, bo ciągle robiła dziwne miny lub zabawnie ruszała nosem, jednak nie przejmowała się tym i cały czas wtulała się w kotkę, która zdecydowanie podzielała jej zamiłowanie do długiego wylegiwania się. A teraz najwyraźniej wstała i przyszła do mnie, o wilku mowa.
-Hej- przywitała się, wchodząc od razu. Dobrze wiedziała, że zawsze jest u mnie mile widziana i nie musiałaby nawet pukać, gdybym nie przekręciła zamków.
-Hej- odparłam, zamykając za nią drzwi i udając się z powrotem na duży balkon.- Siadaj.
-Nie, wpadłam tylko na chwilę. Chciałam zapytać, czy nie poszłybyśmy może na jakąś imprezę?
-Wow, skąd nagle ten pomysł?- zdziwiłam się.
-Tak po prostu. Mam ochotę potańczyć.
-No nie wiem, czujesz się na siłach, żeby nawalić się w sztok i zostać królową parkietu?- zapytałam z lekka ironicznie.
-W zasadzie tak. Nic mi już nie jest, mogę spokojnie gdzieś wyjść. Potrzebuję jakiejś rozrywki,  innej niż powtórki seriali. No bo ile można siedzieć na kanapie? Chcę odreagować.- wyjaśniła przyjaciółka.
-Jeśli tak mówisz, to okay. W każdym razie, wybacz, ale ja nie dam rady z tobą iść Po wieczornej zmianie zamykam Tasty Touch, zapomniałaś?
-Och, no tak, zupełnie wyleciało mi z głowy! Jestem okropna, bierzesz moją zmianę, a ja chcę balować...
-W porządku, idź się wyszaleć! Co za różnica, czy zastąpię cię, kiedy będziesz w klubie, czy w domu. Nie ma sprawy.- oznajmiłam, w międzyczasie przyglądając się puchatym chmurom na niebie. Zaczęłam spokojnie zaplatać luźno opadającego na lewe ramię warkocza.
-Mówiłam ci już kiedyś, że jesteś cudowna?- pochlebiła mi Grace.
-Hmm... tak, ale więcej nie zaszkodzi.
-Najcudowniejsza na świecie!- zaśmiała się, ukazując śnieżnobiały uśmiech.- Skoro ty nie możesz, to chyba spróbuję wyciągnąć Sammy.
-Dobry pomysł, ona na bank się zgodzi. Ale... jesteś pewna, że chcesz wyjść?
-Zupełnie pewna.
-Jednego dnia słaba chorowitka, a drugiego szalona balangowiczka. Zadziwiasz mnie, Grace.- zachichotałam, po czym szturchnęłam ją łokciem.
-Hej, to raczej lepsze niż spędzanie cudownego piątkowego wieczoru w robocie.- stwierdziła na przekór.
-Masz mnie, niechętnie przyznam ci rację. Chociaż wiesz, przy odpowiednim towarzystwie jakoś to zniosę- poddałam się, lecz mrugnęłam do niej zadziornie, upijając ostatni łyk swojej kawy.
-Widzisz, zawsze jest jakaś jasna strona sytuacji. To miłej zmiany, pracusiu. Bardzo ci dziękuję, że mnie zastąpisz. Będę ci wisieć kolejną przysługę.
-Nie trzeba, bawcie się dobrze- rzuciłam na pożegnanie.
-Ty też- jasnowłosa odmrugnęła porozumiewawczo, zanim zniknęła za drzwiami.
Po jej wyjściu udałam się do łazienki by zrobić delikatny makijaż. Byłam gotowa godzinę przed czasem, jednak nie mając nic do roboty, postanowiłam już wyjść do pracy. Szczerze mówiąc, chciałam już go zobaczyć. Usłyszeć jego głęboki ton głosu, który przyprawiał mnie o dreszcz ekscytacji. Móc obserwować jak krząta się po restauracji, wydaje ludziom polecenia, czy grzebie w dokumentach. Był wtedy taki skupiony, lecz zawsze miły dla pracowników. Emanował pozytywną energią, którą czerpał ze swojego biznesu, jakby działalność sprawiała mu niesamowitą radość. Dziwiło mnie to, tak samo jak urzekało. Przez ten cały pracoholizm miał w sobie wiele uroku. A może to po prostu dlatego, że czegokolwiek nie robi, Ryan to Ryan, a ja zdążyłam już coś do niego poczuć. Nie byłam jeszcze pewna, czy to na pewno miłość, ale miałam nadzieję, że niedługo oboje się przekonamy. Ucieszona tą myślą, pognałam do pracy jak na skrzydłach.
Od razu po przekroczeniu progu restauracji zaczęłam, najdyskretniej jak tylko mogłam, szukać go wzrokiem. Możliwe, że był w swoim biurze, bo mój sokoli wzrok zadurzonej dziewczyny nie znalazł go w zatłoczonej sali. Poszłam do pokoju pracowniczego, by odhaczyć swoją zmianę i ubrać fartuszek. Zaraz potem stawiłam się za barkiem, który ze względu na zapadający pomału wieczór, zaczynał przyciągać uwagę klientów różnorodnymi alkoholami. Trudno stwierdzić, czym naprawdę jest Tasty Touch. W większej mierze uchodzi za restaurację, choć z reguły rano funkcjonuje głównie kawiarniana wersja menu, natomiast po zmierzchu stawał się pubem. Ta rozbieżność była trochę trudna do ogarnięcia przez, pracowników, ale ludziom chyba odpowiadała nasza elastyczność. Zadowolony klient, to hojny klient, co dla nas oznaczało więcej pieniędzy, a więc nie mogliśmy narzekać. Praca była wyczerpująca, ale dość przyjemna.
Zabrałam się za przyjmowanie zamówień; nalewałam dziś w szczególności whisky, robiłam drinki, zbierałam szklanki. Praktycznie cała zmiana opierała się na podobnych czynnościach. Jedyną pociechą był Ryan, który nagle pojawił się u wejścia, przepchał przez tłum i od razu czmychnął do swojego gabinetu. Pomachałam mu z daleka, ale nie byłam pewna, czy w ogóle mnie zauważył. No, to faktycznie zapowiada się ciekawie...



 Siedząc w taksówce, gładziłam dłońmi materiał asymetrycznej, czarnej sukienki, w której wybierałam się na imprezę. Nie mała zbyt wiele detali, prócz tiulowego zakończenia- krótszego z przodu, a dłuższego z tyłu- i dekoltu w serduszko. Dobrałam do niej równie czarne, zamszowe szpilki na platformie i złotą biżuterię- spory łańcuch na szyję i kilka bransoletek. Swoje długie, lekko pofalowane blond włosy jak zwykle zostawiłam rozpuszczone, przez co czułam jak delikatnie uderzają o plecy z każdym moim ruchem. Przeglądnęłam się w małym lusterku, po czym poprawiłam usta, przejeżdżając po nich matową czerwoną szminką. Już z daleka słychać było dudnienie muzyki, dobiegającej z klubu. Po odliczeniu odpowiedniej ilości pieniędzy dla kierowcy, wysiadłam z pojazdu i udałam się do środka. Przedzierałam się przez tłum rozgrzanych ciał, ocierających do siebie nawzajem w sekwencjach ponętnych ruchów. Głośne basy zdawały się z hukiem odbijać od mojej czaszki, wywołując zachęcające do tańca drżenie w kościach. Niewiele myśląc podeszłam do baru, wypiłam naraz kilka shotów, tak na dobry początek, a następnie pognałam prosto na parkiet. Jego posadzka nieco kleiła się od rozlanych napoi i ludzkiego potu, jednak dla nikogo nie miało to najmniejszego znaczenia. Tak jak inni dałam się ponieść dźwiękom, wpasowałam się w pulsujące rytmy, przypominające przyśpieszone bicie wszystkich obecnych serc. Już po chwili poczułam czyjeś umięśnione ramiona otaczające mnie w talii i wyrzeźbiony brzuch przylegający do moich pleców. Normalnie nie czułabym się komfortowo, ale tam było inaczej, po przekroczeniu progu lokalu przenosiłeś się jakby w odmienną rzeczywistość, gdzie dotyk obcych nie był niczym zaskakującym, a wręcz przeciwnie, był oczekiwany, pożądany, zachęcający. Dużo samotnych osób przychodziło właśnie po to, by znaleźć bratnią duszę, używając w tym celu swego ciała. Ja natomiast nie szczególnie żałowałam, że Sammy również nie mogła ze mną przyjść. Doszłam do wniosku, że akurat wtedy chciałam się wyluzować sama, być niezależna i dobrze się złożyło, że przyjaciółka była już umówiona z Charlesem.
Zamknęłam oczy i oddałam się miarowemu kołysaniu nieznajomego, kręcąc biodrami w takt muzyki, co najwyraźniej mu się podobało, gdyż poczułam na szyi jego przyśpieszony oddech. Po kilku minutach takowej kokieterii, wykonałam zmysłowy obrót by stanąć z nim twarzą w twarz. Był nie tylko wysoki oraz dobrze zbudowany, jak zdążyłam się już zorientować, ale i bardzo przystojny. Dyskotekowe światła odbijały się w jego głębokich czekoladowych oczach, a zadziorny uśmiech malował się na pełnych ustach, dodając jego męskiej seksowności chłopięcego uroku. Posłałam mu spod rzęs najbardziej uwodzicielskie spojrzenie jakie byłam wstanie się wysilić, po czym zarzuciłam mu ręce na kark. Brunet przylgnął do mnie bliżej, umiejscawiając swoje dłonie nieco niżej na moim ciele. Wplotłam palce w jego miękkie ciemne włosy, przez co nadałam im wygląd seksownego nieładu. Nie byłam pewna, czy to przez rozpływający się w moich żyłach alkohol, czy jakiś jego niezwykły urok, ale ten facet cholernie mnie kręcił, a przetańczyliśmy ledwo dwie piosenki. Rzadko zdarzało mi się tracić głowę dla jakiegoś ot tak poznanego chłopaka, właściwie to w ogóle. Nigdy nie kończyło się to niczym więcej niż subtelnym obmacywaniu, nie wychodzącym poza granice sensualnego tańca. Tym razem też tak było, nie chciałam wyjść poza swoją strefę komfortu. Jednak on był jak lampa na owady, a ja jak mała muszka- przyciągało mnie do niego, leciałam wprost na jego rażące światło, nie zważając na to, że mogę się poparzyć. Przystawiłam usta do ucha tego przystojniaka, by coś do niego wymruczeć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle, po czym szybko ulotniły się z umysłu. Albo miałam przewidzenia, albo ON tam był. Nie, nie mogłam sobie tego wymyślić, Harry mignął mi gdzieś przy wejściu, rozpoznałabym go wszędzie, nawet w takim tłumie. Ogarnęła mnie złość, że miał czelność przyjść tu za mną. Byłam pewna, że nie znalazł się akurat w tym dniu i tym miejscu, w mojej obecności, przez przypadek.
Pośpiesznie odsunęłam się od obejmowanego chłopaka, krzyknęłam krótkie przepraszam i miałam zamiar ruszyć naprzód, kiedy chwycił mnie za nadgarstek, po czym przyciągnął z powrotem.
-Ej, zaczynało być tak miło, gdzie się wybierasz, mała? - zapytał ironicznie, wzmacniając uścisk na mojej ręce.
-Jak najdalej, puszczaj mnie- wysyczałam mu w twarz. To go widocznie rozochociło, gdyż jego drugie oślizgłe łapsko wylądowało na moim pośladu, mocno go ściskając. Westchnęłam z oburzeniem, bez wahania wymierzając mu wolną dłonią cios z pięści. Nie należałam może do najsilniejszych, ale natarczywiec zatoczył się lekko, a to mi wystarczyło by mu się wyrwać i uciec aż do barku, znajdującego się na drugim końcu klubu. Było tam kilka trzeźwych barmanów, co dawało mi jakiś cień bezpieczeństwa. Zdyszana i zdenerwowana usiadłam na wysokim stołku i zamówiłam drinka o wdzięcznej nazwie Zielona Latarnia. Co chwilę odwracałam się by sprawdzić gdzie znajduje się mój były partner do tańca. Zauważyłam jego głowę wychylającą się ponad innymi, skinął porozumiewawczo do dwóch kolegów i udali się na tyły pomieszczenia. Odetchnęłam z ulgą, ale nagle, jak z pod ziemi przede mną wyrósł Styles.
-Jezus Maria!- wykrzyknęłam zlękniona.
-Nie, jestem Harry.- odparł z rozbawieniem, ukazując dołeczki w policzkach.
-Ha. Ha.- wycedziłam przez zęby, nie będąc w nastroju do żarów. Spojrzałam jednak na jego figlarny uśmieszek i po chwili parsknęłam śmiechem razem z nim. Fioletowowłosa barmanka podała mi zamówiony napój, ale nawet go nie tknęłam. Odwróciłam się do chłopaka i zaczęłam, już mniej przyjaźnie:
-Czemu tu za mną przylazłeś? Zdaje się, że już cię dziś spotkałam, nawet wieczorem nie możesz dać mi świętego spokoju?- zaatakowałam go serią złośliwych pytań.
-Nie, cały czas cię obserwuję, Grace. Wiesz, że nigdy się nie poddaję.- odpowiedział stanowczo.
-Ugh, ja nie mam dziesięciu lat, żeby wszyscy musieli mnie obserwować, martwić się, czy rozkazywać. Odwalcie się wreszcie, spadam stąd- warknęłam, wstając i zaczynając się przepychać między ludźmi. Schowałam się wśród ruchomych ciał. Mój upierdliwy były chłopak zniknął z mojego pola widzenia, ale najwyraźniej ruszył się i zaczął mnie szukać, gdyż nie było go już przy barze, kiedy wróciłam tam po chwili. Mój drink ciągle stał nietknięty, więc pociągnęłam z niego kilka solidnych łyków i postanowiłam na dobre opuścić tą imprezę. Kiedy byłam tuż przy wyjściu, wzrok zaczął mi się zamazywać. Poczułam mocne zawroty głowy, uderzyła we mnie jeszcze większa duchota niż panowała w pomieszczeniu. Zatoczyłam się do tyłu i runęłam na ziemię. Ostatnie co pamiętam, to duże męskie dłonie oplatające moje ciało. Chwilę potem wszystko zniknęło i ucichło, a ja straciłam przytomność.


~Rose~

*muzyka*

  Było już późno, na dworze zapadła zupełna ciemność, a wszyscy klienci opuścili lokal. W zasadzie oprócz mnie nie było już żywej duszy.
Zdążyłam już odłożyć fartuch, zasunąć rolety antywłamaniowe, umyć wszystkie brudne naczynia, pościerać blaty i pozamiatać. Właśnie zabierałam się za układanie krzeseł na stolikach, kiedy usłyszałam jak coś gruchnęło o ziemię. Wzdrygnęłam się i obróciłam szybko, w obawie przed jakimś zbłąkanym, pijanym kolesiem, ale moim oczom ukazał się Ryan, podnoszący teczkę z dokumentami.
-Jeju, przestraszyłeś mnie- przyznałam, uspokajając oddech.
-Wybacz, nie chciałem.- uśmiechnął się.
-Myślałam, że nikogo już nie ma.
-Miałem kilka rachunków do przeliczenia, więc zostałem dłużej. Może ci pomogę...- zaoferował, ale przerwałam mu protestem.
-Nie, nie trzeba. Nie będę cię zajmować, możesz iść.
-A co jeśli ja nie chcę iść? Uznaj to za polecenie służbowe, daj sobie pomóc.- zaśmiał się chicho, po czym zaczął ustawiać krzesła tak jak ja. Panowało między nami dziwne napięcie, jednak wszechobecna cisza nie była niezręczna. Nasze spojrzenia co chwilę się spotykały, po czym posyłaliśmy sobie delikatne uśmiechy lub wybuchaliśmy cichym chichotem. Potem chłopak zaczął opowiadać jakąś zabawną rozmowę z klientem, przez co oboje zupełnie się rozluźniliśmy i rozmawialiśmy bez skrępowania. Każda spędzona tam minuta była dla mnie czystym szczęściem, które rozgrzewało mnie od środka. 
Został nam ostatni stolik na środku sali. Podchodząc do niego, obejrzałam się na swojego szefa i wpadłam na krzesło, które przewróciło się wraz ze mną. W myślach przeklinałam swoją niezdarność, takie upokorzenie akurat przed nim! Z jego ust wyrwał się delikatny, melodyjny śmiech, jednak natychmiast podbiegł do mnie, pomagając mi wstać.
-W porządku?- zapytał troskliwie, topiąc moje serce. 
-Tak, tylko się uderzyłam, ale nic mi nie jest.- stwierdziłam, masując czoło. Ryan odsunął moją rękę i zanim zdążyłam się zorientować, co ma zamiar zrobić, jego usta już całowały mnie w bolącym miejscu. Zaczęłam się jąkać, oszołomiona zaistniałą sytuacją. Tak bardzo jak mi się to podobało, tak dziwne mi się to wydawało.
-Nawet nie wiesz od jak dawna chciałem to zrobić- wyszeptał prosto w moje usta, obejmując moją twarz i stykając razem nasze czoła.
-Nawet nie wiesz jak się bałam, że nigdy tego nie zrobisz- odparłam ochoczo, po czym nie mogąc dłużej wytrzymać rosnącego pożądania, złączyłam nasze wargi w upragnionym pocałunku. Z każdą chwilą stawał się bardziej namiętny i zachłanny, jakbyśmy chcieli być bliżej siebie niż to w ogóle możliwe, jakbyśmy chcieli wynagrodzić nim kilka lat pozostawania w sferze przyjaźni, jakbyśmy postawili sobie na cel, by ten pierwszy pocałunek uczynić naszym najlepszym. Poczułam jak jego chłodne dłonie przenoszą się na moją talię. Uniosły mnie w górę, posadziły na stole, a następnie błądziły po moim ciele, odkrywając je po raz pierwszy. Jego pocałunki zeszły niżej, na moją szyję, obojczyki, ramiona, piersi. Zsunął ze mnie rozpinany sweter, by mieć większe pole do zaznaczenia swoimi różowymi wargami. Rozchyliłam nogi, by mógł stanąć między nimi, by się przysunął, był blisko jak tylko się da. Chciałam żeby nasze ciała stopiły się razem, w jedno, bym czuła go każdą cząstką siebie. Pożądanie zawróciło mi w głowie, nie mogłam się opanować. Niedługo potem już zupełnie leżałam na drewnianym blacie, przyciągając go do siebie za jego koszulę. Czułam jego twardego członka napierającego na moją nogę. Dłoń chłopaka dostała się pod moją letnią sukienkę i zaczęła powolną wędrówkę w górę mojego uda, wywołując na nim gęsią skórkę, trochę to z zimna, a trochę z podniecenia. Dotarł do tasiemki majtek, a ja dziękowałam w duchu, że założyłam koronkowe stringi zamiast jakiegoś babcinego spadochronu. Wsunął dwa palce za delikatny materiał bielizny, dotykając opuszkami mojej kobiecości. Jęknęłam przeciągle, wyginając plecy, na co powtórzył ten ruch. Drażnił się ze mną, dobrze wiedział, jak tego chciałam, mimo to poruszał się łapczywie, ale wolno i delikatnie, doprowadzając mnie tym do szału. A im bardziej zwlekał, tym większe miałam wątpliwości. Szczerze mówiąc, nigdy jeszcze nie odbyłam prawdziwego stosunku. Kiedy Ryan zaczął rozpinać pasek, wpadłam w panikę. Na litość boską, zaraz miałam stracić dziewictwo z własnym szefem, w jego restauracji, a mojej pracy, do tego na stole, gdzie jutro ktoś będzie jadł! Nagle wydało mi się to tak obleśne, że nie miało znaczenia jak bardzo Gardner mnie kręcił, ani jak długo marzyłam o tej chwili i jak mi się podobała. Poczułam obrzydzenie do siebie, do niego, do tego miejsca, uświadamiając sobie, że to zupełnie nie tak powinno wyglądać. Z całego tego strachu, do oczu napłynęły mi łzy, zaczęłam się wyrywać spod jego dotyku.
-Nie!- zaprotestowałam głośno, powstrzymując go od pozbycia się spodni.
-Rose, co się stało? Czy ja...
-Nie, nie, po prostu nie, nie mogę, przepraszam.- wyszlochałam, czym prędzej schodząc z blatu i narzucając sweter. Pośpiesznie chwyciłam torebkę i wybiegłam, zanim mój niedoszły, niezwykle zdziwiony kochanek zdołał mnie zatrzymać. Biegłam ile sił, choć mnie nie gonił. Łzy rozmazywały mi ostrość widzenia, przez co potykałam się o własne nogi.
Jezu, jestem taka głupia! Co ja sobie w ogóle myślałam? Pójdę do pracy, dam się przeruchać i wszystko będzie idealnie? Ale ze mnie idiotka, chyba już nigdy nie będę miała odwagi stawić się w Tasty Touch.
Przechodząc główną ulicą obok klubu, zastanawiałam się, jak teraz bawi się Grace i co powie na moją głupotę. Zauważyłam mężczyznę wynoszącego na rękach łudząco podobną do niej dziewczynę, ale pomyślałam, że już zupełnie poprzewracało mi się w głowie. Nie chciałam swoimi wścibskimi pytaniami niszczyć tym dwojgu humoru, który mógł być przecież tysiąc razy lepszy od mojego. Z całego serca życzyłam im udanego wieczoru, bo ja swój niestety zaprzepaściłam, tak jak dobrą pracę i wieloletnią przyjaźń. W jednej wieczór zepsułam sobie prawie wszystko. Ty to potrafisz, Rose. Gratulacje.

___________________________________________________________
Hej!
Więc... zaczęło się robić gorąco!
Śmiałam się jak głupia, pisząc to, wybaczcie, bo niezbyt umiem pisać takie sceny i według mnie wyszło beznadziejnie, ale trudno.
Obstawiam, że na wstępie ucieszyliście się z Garry moments, a tu jednak Rose i Ryan, pewnie mnie znienawidzicie hahaha XD 
Ale spokojnie, jeszcze się doczekacie.
Piszcie, co sądzicie.
Jak widzicie naprawdę się  p o s t a r a ł a m  się napisać ten rozdział szybciej i mi się udało (jeej!)
Nie oczekuję oklasków, ale pracuję nad swoim wyrabianiem się w czasie.

Jak widzicie jest nowy, piękny i oficjalny szablon specjalnie na Fear, autorstwa cudownej @OlcirekLove1D, za który bardzo jej dziękuję! ♥

Kocham! See ya! x

sobota, 16 sierpnia 2014

Rozdział 12

10 komentarzy:
~Harry~  

 Powoli zapadał zmrok, kiedy podjechałem pod dom i zaparkowałem na podjeździe. Spokojnie wyszedłem z auta, po czym udałem się po schodkach do wejściowych drzwi.
Naciskając na klamkę, nie wiedziałem jeszcze, że to, co potem zobaczę zmieni moje życie. Co więcej- całkowicie je zburzy.
Przekroczyłem próg i pierwszym, co rzuciło mi się w oczy był brak płaszcza Grace w przedpokoju, jednak zlekceważyłem to, pomyślawszy, że mogła go schować, robiąc porządki.
-Już jestem!- oznajmiłem głośno, lecz odpowiedział mi tylko głuchy pogłos. Rozejrzałem się po salonie, ale nie było jej tam. – Grace?- zapytałem.- Grace, gdzie jesteś?
Jedynie odgłos moich kroków zakłócał zupełną ciszę, w jakiej był pogrążony cały dom. Równomierne uderzanie o panele roznosiło się echem chyba po wszystkich pokojach.
-Grace, nie bawimy się w chowanego, to nie czas na głupie gierki, wyłaź! Grace!- wołałem.
Cisza.
Zacząłem się lekko niepokoić, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza: byłem kurewsko zdenerwowany.
Tylko omiotłem wzrokiem pustą kuchnię i od razu pobiegłem na górę. Nieco ciszej podszedłem do zamkniętych drzwi, mając nadzieję, że nie słyszała jak wchodziłem, pomimo mojego darcia ryja. Byłem pewny, że tam ją znajdę i z przypływu nagłej złośliwości chciałem ją przestraszyć. Powoli nacisnąłem na klamkę, po czym szybko otworzyłem drzwi, które z hukiem uderzyły w ścianę.
-Aha!- krzyknąłem triumfalnie, jeszcze zanim zdążyłem się zorientować, czy rzeczywiście była w pokoju. Tak bardzo się zawiodłem...
Nasza sypialnia wyglądała jak zazwyczaj. Na pozór. Kiedy otworzyłem szafę, zobaczyłem coś, czego z całego serca i zupełnie szczerze nienawidziłem- pustkę. Nie znajdowała się w środku ani jedna rzecz. Wyciągnąłem z komody pierwszą lepszą szufladę, przejrzałem ją i odrzuciłem, przez co z trzaskiem uderzyła o podłogę. Przeszukiwałem w ten sposób wszystkie szafki, lecz za każdym razem nic nie znajdowałem. W łazience nie było żadnych damskich kosmetyków, nawet jej szczoteczki do zębów. 
-Gdzie się podziewasz, do kurwy nędzy?!- ryknąłem.
Panika rozpanoszyła się w mojej głowie, wróciłem do wspólnego pokoju, obijając się po ścianach jak w amoku. Wszystko zaczęło do mnie docierać i uświadomiłem sobie tą cholernie bolesną prawdę. W jednej chwili cały mój świat runął jak domek z kart. 
Odeszła.
Tak po prostu zniknęła.
Zabrała mi wszystko, bo zabrała siebie.
-Zostawiła mnie...- szepnąłem, nie wiadomo do kogo.- Zostawiła!!!- wrzasnąłem przeciągle, praktycznie zdzierając sobie gardło. Moja pięść z rozmachem uderzyła w wiszące na ścianie lustro, którego odłamki rozprysły się po pomieszczeniu. Byłem zupełnie jak jego szklana tafla- kiedyś codziennie mogłem oglądać jej piękną twarz, ale nagle, w jednej chwili zostałem rozbity na maleńkie kawałeczki, których nie dało się już złożyć z powrotem. 
Ciepła krew powoli kapała z licznych ranek na moich knykciach. Nie zważając na to, włożyłem palce we włosy i ciągnąłem z całej siły, jednocześnie wydzierając się najgłośniej jak mogłem. Nie czułem bólu, ani rąk ani gardła; nic nie mogło boleć bardziej niż moje złamane serce. Głos zaczął mi drżeć, a zaraz zanim całe ciało. Opadłem na podłogę i przez dobrą godzinę leżałem wśród resztek szkła i swojej dumy, trzęsąc się, krwawiąc i płacząc.Gdyby był konkurs na najbardziej żałosny widok na świecie, wrak człowieka lub obraz nędzy i rozpaczy, na pewno bym wygrał, jednakże nie mógłbym świętować zwycięstwa, gdyż właśnie przegrałem coś najcenniejszego w moim życiu.
Bo Grace była dla mnie wszystkim.
I nie zostało mi już nic.




   W ciągu kilku godzin zdążyłem się trochę opamiętać, co nie znaczy, że się z tym wszystkim pogodziłem, albo co gorsza, że mniej cierpiałem. Zdołałem podnieść się z ziemi i zadzwonić do niej jakieś 27 razy, ale za każdym razem nie dało się zrealizować połączenia. Zauważyłem w kuchni świeży obiad, co więcej było to moje ulubione danie, zupełnie tak jak powiedziała podczas naszej ostatniej rozmowy. Chociaż byłem cholernie głody, nie zjadłem go, ponieważ nie byłbym w stanie tknąć czegoś przygotowanego przez jej ręce, nie łkając przy tym cicho. Postanowiłem, że pójdę na spacer, bo oszalałbym siedząc do końca dnia, sam jak palec, w domu pełnym wspomnień. Musiałem odetchnąć. Narzuciłem swój płaszcz i wyszedłem z domu.
Rześkie, wieczorne powietrze musnęło mój kark. Zaczęło przenikać całe moje roztrzęsione ciało. Odetchnąłem nim głęboko, próbując ukoić zszargane nerwy, co jednak nigdy nie przychodziło mi łatwo. Tylko Grace udawało się okiełznać moje wybuchy złości, pomimo że często, zupełnie nieświadomie, sama je wywoływała. Z resztą, nawet ona nie zawsze była w stanie cokolwiek na nie poradzić. Nienawidziłem się za to, dosłownie gardziłem każdą cząstką swojej duszy i ciała. Nie znosiłem tego popierdoleńca, którym się stałem, tego dupka, który traktował swoją ukochaną jak gówno. A przez te dwie części mojej osobowości ta normalna strona mnie ucierpiała jak tylko mogła. Nie miałem już nikogo tak bliskiego, bym mu w pełni ufał, bym go bezgranicznie kochał. Może kilka osób z dalszej rodziny, rozrzuconych gdzieś po świecie, z którymi urwał się kontakt. Właśnie kiedy zostałem sam, pożałowałem wszystkiego, co źle zrobiłem, a było tego sporo. Bez niej nic już nie było takie samo. Jak to mówią "dopiero gdy coś stracisz, zaczynasz to doceniać"   Przez mrok zapadającej powoli nocy przebijało się tylko niewyraźne światło ulicznej lampy. Na początku swojej wędrówki przyglądałem się tylko sznurówkom w swoich butach, jednak potem zacząłem się rozglądać dookoła. Idąc ulicami miasteczka zauważyłem, że wszystko przypomina mi Grace. Mijałem jej ulubioną lodziarnię, gdzie objadaliśmy się w niedzielne popołudnia; sklepik, w którym dorabiała, zanim dosrała się na staż w redakcji. Muzyka dudniła głośno z klubu, w którym imprezowaliśmy jako nastolatkowie, wciskając się do środka na fałszywe dowody, upijając się razem, by zapomnieć o wszystkich problemach. Nie było to zbyt odpowiedzialne, tak jak sytuacje w naszych domach nie były sielankowe. Raz na jakiś czas musieliśmy się wyszumieć, a dopóki byliśmy razem, wszystko było w porządku.
Mogłem tam wstąpić, by wmieszać się w tłum ludzi i tym razem zapomnieć o problemach, ale poszedłem dalej z dwóch powodów: na chwilę musiałem być sam, ale nie chciałem zapominać.
Po kolejnych kilkunastu minutach drogi i rozmyślań dotarłem do głównego celu. Niespiesznie wspinałem się na niewielkie wzniesienie, gdzie znajdowało się nasze zaciszne miejsce. Będąc na górce, podszedłem pod wielki dąb, który rósł praktycznie na środku, i przejechałem palcami po wgłębieniu w korze. Wyryte przez nas kilka lat wcześniej serce z naszymi inicjałami oraz dopiskiem "na zawsze", oczywiście było tam bez zmian. Szkoda tylko, że między nami tak wiele się zmieniło i brakowało przy mnie jednej połówki z napisu "G+H".
Usiadłem na trawie pod nim, nie zważając na wypustki drzewa wbijające mi się w plecy ani chłód ciągnący od ziemi. Mógłbym ciągle zastanawiać się czemu i jak ode mnie uciekła, ale jaki to miało sens? Nic bym nie zmienił, tylko bardziej się zdołował, a i tak byłem już blisko od podcięcia sobie żył, czy powieszenia się, o ironio, chociażby na tym właśnie dębie.
Miałem tylko dwie opcje: odpuścić i dać jej odejść lub znaleźć ją i zrobić wszystko, by do mnie wróciła. Chyba nie trudno zgadnąć, którą możliwość wybrałem. Może to egoistyczne, z pewnością desperackie, ale potrzebowałem jej do życia tak jak powietrza i po prostu musiałem działać. Byłem skory zaryzykować, choćbym miał szukać jej do szukać aż do starości, byle tylko ją zobaczyć, przeprosić i umrzeć zaraz potem. 
Zacząłem już układać plan.
To jeszcze nie koniec. To tylko ciężki start w nowy, lepszy początek. 



   Otrząsnąłem się ze wspomnień, które najwyraźniej zamroczyły mnie na dłuższą chwilę. Zauważyłem, że wciąż siedzę na kanapie, zapewne w mieszkaniu Grace, dokładnie naprzeciwko niej. Dziewczyna patrzyła w moim kierunku, będąc równie zdezorientowaną co ja, ale jej pełen konsternacji wzrok błądził gdzieś dookoła. Poranne światło wpadało przez rozchylone w salonie żaluzje, tworząc wokół niewielkiej blond głowy coś w rodzaju aureoli. Rzeczywiście tak wyglądała, mój anioł. 

-Boże, jak ja za tobą tęskniłem...- odezwałem się pierwszy, zanim ona lekko otworzyła usta, by coś powiedzieć. Nie dając jej dojść do słowa, zbliżyłem się i musnąłem jej wargi swoimi, ostatecznie zostawiając wyraźny pocałunek na czole. Westchnęła cicho, chcąc nie chcąc ocierając swój nos o mój. Nasze twarze były tak blisko od siebie, a oddechy przyśpieszyły. Przywarłem do niej czołem, szepcząc:
-Tak długo marzyłem, że znowu cię zobaczę. Cały ten czas szukałem, a teraz jestem tu i wręcz mogę...
-O nie, nie- wysapała nagle, przerywając mi. Raptownie odsunęła się na koniec sofy, odgradzając mnie od siebie rękami.- Cholera, to takie niewłaściwe! Ja... myślę, że powinieneś już iść Harry.- oznajmiła zmieszana, przesuwając dłonią po twarzy i masując nasadę nosa, jakby próbowała się uspokoić. 
-Um, dobrze, zmierzę to okno następnym razem.- zgodziłem się, po czym wstałem i powoli podszedłem do drzwi. 
-No nie, Harry, chodzi o to, że raczej... nie będzie żadnego następnego razu.
-Oczywiście, że będzie, kochanie. Musi być. 




__________________________________________
Hej, jak mijają wakacje?
Długo myślałam nad tym rozdziałem, ze względu na refleksje Harry'ego, ale i tak dodaję go wcześniej niż planowałam, więc jestem zadowolona.  
Teraz wiecie jak wyglądało odejście Grace z obu perspektyw. Co sądzicie?
Zamierzam wkrótce zmienić szablon, ale coś mi się poknociło, więc teraz nie jest zbyt ładnie, wybaczcie. 
Postaram się w najbliższym czasie "odświeżyć" bloga i bardziej go ożywić, co wiąże się z zaganianiem samej siebie do pracy nad rozdziałami. 
Mam nadzieję pokonać lenistwo i chwilowe braki weny. 
Trzymajcie kciuki :) x 

P.S. Bardzo proszę, informujcie mnie o zmianie usera na twitterze, bo nie mogę Was informować o nowych rozdziałach. Piszcie nowe w komentarzach, tu lub w zakładce "informowani".