wtorek, 14 października 2014

Rozdział 14

23 komentarze:
   ~Grace~

   Trwałam w lekkim otumanieniu, zanim nikłe czynniki zewnętrznego świata zaczęły docierać do mojej świadomości. Miałam wrażenie, że spałam długo, ale coś było nie tak, w ogóle nie czułam się wyspana, czy jakkolwiek wypoczęta, co zazwyczaj następuje po przebudzeniu. Powoli rozchyliłam powieki, ale ku mojemu zdziwieniu, nie zostałam oślepiona przez żadne silne światło. Dookoła panowała praktycznie zupełna ciemność. Nagle zachłysnęłam się powietrzem, jakbym dopiero co wynurzyła się z wody, napawałam się każdym głębokim wdechem. Gdzieś, gdzie się znajdowałam panowała duchota i nieco za mocny zapach męskich perfum. Przyjęłam pozycję siedzącą, zrzucając z siebie miękki kawałek tkaniny, którą dodatkowo byłam okryta. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się nieco do ciemności, uświadomiłam sobie, że byłam w jakiejś sypialni, dostrzegłam kanciasty zarys szafy, a po lewej musiało być okno, gdyż delikatne smugi światła usilnie próbowały przedrzeć się do środka przez niedosunięte rolety. Mój instynkt samozachowawczy zaczął działać, skłonił mnie, bym tam podeszła i ułatwiła sobie rozeznanie przez uzyskanie jeszcze choć odrobiny jasności. Wygramoliłam się z czegoś, na czym leżałam i co, jak wywnioskowałam, było łóżkiem. Z zaskoczeniem odkryłam jak duża odległość dzieliła jego szczyt od podłogi, kiedy moje bose stopy bezwładnie opadły na miękki dywan, a najwyższy punkt materaca sięgał mi prawie do pasa. Wolno, na palcach podreptałam do rolet i z nadzieją zaczęłam podciągać je w górę, jednak przeliczyłam się- światło wpadające do pomieszczenia pochodziło od ulicznej lampy. Gdyby nie to, na dworze panowała zupełna ciemność. Wszystko spowite było mrokiem głębokiej nocy, nawet w sąsiednich kamienicach chyba wszyscy już spali. Musiało być późno. Nikły blask który uzyskałam z zewnątrz wystarczył jednak, abym mogła odnaleźć na ścianie odpowiedni pstryczek. Żyrandol w momencie się rozpromienił, ukazując mi całe wnętrze pokoju. Dopiero wtedy zaczęła mnie owładać panika. Na rekach zauważyłam świeże zadrapania i wciąż czerwone odciski na nadgarstkach. Moja sukienka była poszarpana, porozrywana, w kilku miejscach dziurawa, no i, mój Boże, nie miałam na sobie majtek! Z zawstydzeniem zacisnęłam nogi, jakbym chciała uchronić swoje krocze od nieproszonego wzroku, choć nie było nikogo, kto mógłby go na mnie zawiesić. Omiotłam też wzrokiem cały pokój, najwyraźniej sypialnię. Była duża, przestronna, w jasnych kolorach- królowały kremowy i ecru*, może nawet beż. Byłoby ciepło i przytulnie, gdybym do jasnej cholery w ogóle miała pojęcie gdzie jestem! Zajmowane przeze mnie wcześniej łóżko było nie tylko wysokie, ale i ogromne w każdym znaczeniu. Na przeciwko stała szeroka szafa, obok niewielkie biurko, a nad nim plazmowy telewizor. Moje zainteresowanie przykuły liczne ramki na zdjęcia, poustawiane na komodzie pod ścianą, z prawej strony. Ciekawość zwyciężyła, więc niepewnie podeszłam bliżej, chcąc dowiedzieć się czegoś o właścicielu tego pokoju, który być może mnie tu zaciągnął. Stanęłam jak wryta. Oniemiała wpatrywałam się w fotografie, które przedstawiały nikogo innego jak... mnie. Na pierwszej, dziesięcioletnia wersja mnie stroiła dziwną minę, pokazując język i lekkie braki w uzębieniu, po wypadnięciu pięciu mleczaków na raz. Dalej, w kremowej otoczce, jako trzynastolatka- miałam kamienny, skupiony wyraz twarzy, trochę jeszcze smutny; plotłam bransoletkę z muliny, co po śmierci rodziców było moja odskocznia. Z kolejnej ozdobnej ramki uśmiechała się do mnie już szesnastoletnia Grace, której włosy rozwiewał wiatr, a oczy aż błyszczały. Wyglądałam na naprawdę szczęśliwa.
Skąd ktoś by je wziął? Nie miałam w tamtych latach zbyt wiele znajomych, którym mogłabym je dać, zwłaszcza, że nie miałam pojęcia że takie w ogóle istnieją, że ktoś je robił. Pierwszy raz widziałam je na oczy. Ale jedno było tak znajome, że jego widok aż mnie uderzył. Na środku, pośród tych wszystkich i kilku jeszcze innych zdjęć widniało największe. Przedstawiało mnie i... Harry'ego. Chodziliśmy wtedy do liceum, bodajże przedostatniej klasy**. Obejmowałam go za ramiona, podczas gdy on trzymał aparat obiektywem w naszą stronę. W duchu zaśmiałam się, na nasze pierwsze selfie jako oficjalnej pary. Nad naszymi głowami widać było właśnie wyryte serce z inicjałami "G+H". Nawet wschodzące słońce, księżyc w pełni, czy najjaśniejsze gwiazdy nie umywały się do blasku naszych wesołych uśmiechów. Przepełniało nas czyste szczęście, jakby nic innego na świecie się nie liczyło, tylko my razem i nasze wspólne chwile. Przyłożyłam dłoń do ust, hamując wszystkie okrzyki które się na nie cisnęły. Chciałam jednocześnie wrzeszczeć z przerażenia i szeptać ze wzruszenia, śmiać się i płakać. Nie wiedziałam co bardziej pasowałoby do mojej sytuacji. Pamiętam jak cudownie się wtedy czułam, jak, pomimo wszystkich złych wydarzeń, które mnie spotkały, było mi dobrze, jak błogo i beztrosko. Gdzie uleciały takie chwile? Co się potem zmieniło? Rozmyślając o tym, nie zwróciłam uwagi na kluczową informację. Wydarzenia z klubu powracały do mnie, powoli składając się w logiczną całość.
Ten drink... tam musiało coś być. Po kilku łykach od razu zwaliło mnie z nóg; może nie mam niesamowicie mocnej głowy, ale nie zaliczam gleby po kilku łykach na cały wieczór! Harry był wczoraj ze mną, siedział tuż obok. Mógł w każdej chwili coś mi wrzucić, czy dosypać, potem wywlókł mnie stamtąd i przywiózł do siebie, żebym nie mogła uciec. Ponownie przykryłam usta ręką, by nie wydać z siebie żadnego okrzyku. Zaczęłam gorączkowo rozważać mój brak bielizny i podartą sukienkę. A co jeśli on mnie zgwałcił?! Był nieobliczalny, mogło dojść do wszystkiego!
-Mój Boże... -szepnęłam do siebie i zaraz podskoczyłam, prawie dostając zawału serca, kiedy na dole rozległ się metaliczny huk. Nie mogłam tam tak stać i czekać na śmierć, czy Bóg wie co ten psychol dla mnie zgotował. Chciałam sama się z nim skonfrontować, żeby w razie czego mieć chociaż to poczucie, że zrobiłam wszystko co mogłam żeby wygrać. Zaczęłam szukać wzrokiem jakiejś prowizorycznej broni. W oczy rzuciła mi się tylko niewielka lampka nocna, ale nie było to zbyt praktyczne rozwiązanie. Pomyślałam, że jeśli to faktycznie pokój Harry'ego to musiał tu trzymać coś do samoobrony w nagłym wypadku, zawsze miał coś pod ręką. Miałam tylko nadzieję, że nie okazał się na tyle zapobiegliwy by zabrać to zanim umieścił mnie w tym pomieszczeniu.
W pierwszym odruchu zaczęłam grzebać w szafkach przy łóżku i był to strzał w dziesiątkę.
-Bingo!- mruknęłam do siebie, wyciągając niewielki pistolet. Byłam tak samo zdziwiona jak i usatysfakcjonowana. Kiedy szukałam broni, nie miałam tego na myśli aż tak dosłownie. Nie miałam też zielonego pojęcia o jakichkolwiek spluwach, jednak nie mając zbytniego wyboru, chwyciłam go pewniej w wyciągnięte przed siebie obie dłonie i powoli zaczęłam schodzić na dół. Ku mojej radości stopnie schodów nie skrzypiały pod moimi stopami, więc mogłam iść cichusieńko. Dotarłam do parteru i uświadomiłam sobie, że nie mam pojęcia gdzie dalej iść. Jednak znów usłyszałam jakiś brzdęk, więc postanowiłam się pokierować za jego odgłosem. Moje domysły zaprowadziły mnie do... kuchni. Nie żadnej piwnicy, nie sali tortur, tylko zwykłej, ładnej kuchni. Ale to chyba jeszcze nic nie znaczy, prawda? Nawet tam można kogoś okaleczyć jakimś ostrym nożem, czy walnąć w łeb patelnią. Nigdzie nie mogłam się czuć pewnie.
Harry stał przy marmurowym blacie jakieś trzy metry ode mnie. Był odwrócony tyłem, dostrzegłam ruch mięśni jego ramion opiętych materiałem czarnej koszulki, kiedy mieszał coś w garnku. Wstrzymałam oddech.
-Odłóż tą broń, słońce. Oboje wiemy, że nie umiesz jej używać, a chyba nie chcesz zrobić sobie krzywdy.- odezwał się spokojnie, nawet na mnie nie patrząc. Głośno przełknęłam ślinę i zacisnęłam dłonie na pistolecie.
-Może chciałabym ją zrobić tobie, ty gnojku! Zaciągnąłeś mnie tu jako niewolnicę, prywatną dziwkę?! Spełniłeś swój chory plan, ale ja nie mam zamiaru go ciągnąć. Wypuść mnie, bo jak nie to, możesz mi wierzyć, nie zawaham się strzelić.- krzyczałam stanowczo. Chłopak oparł ręce o umywalkę i posłał mi skonsternowane spojrzenie.
-O czym ty w ogóle mówisz?- zaśmiał się nerwowo- Niewolnica? Grace, przecież nie trzymam cię tu na siłę, możesz iść kiedy chcesz! Co ci odbiło?
-Co mi odbiło?! Dosypałeś mi jakiegoś gówna do drinka, wywlokłeś mnie z klubu, przyprowadziłeś nie wiadomo gdzie i chuj wie co jeszcze mi zrobiłeś!- wrzasnęłam, wymachując bronią na wszystkie strony.
-Drogi Boże, to w ogóle nie tak. Posłuchaj- westchnął, podchodząc bliżej.- Faktycznie, miałaś tabletkę gwałtu w drinku, ale nie miałem nic wspólnego z tym świństwem. Kiedy się obejrzałem, kilku gości zaciągnęło cię na zaplecze, zaczęli się już do ciebie dobierać, ale słowo daję, zająłem się tymi skurwysynami tak, że nigdy nie będą nawet śmieli pomyśleć o twojej osobie. Byłaś nieprzytomna, zawiozłem cię do siebie, bo tylko tu mogłem mieć pewność, że jesteś bezpieczna. Poza tym, nawet cię nie tknąłem.
Zamurowało mnie. Myślałam, że to on jest moim oprawcą, tymczasem tego wieczoru okazał się moim bohaterem.
Jego zielone oczy patrzyły na mnie tak uczciwie i intensywnie, świdrowały czekając na moją reakcję. Znałam ten wzrok. Miałam pewność, że mówi prawdę.
-Wierzę ci.- oznajmiłam cicho.
Szatyn odetchnął z ulgą i zlustrował mnie od góry do dołu.
-Jak się czujesz?
-W porządku.
-Jesteś głodna?
-Nie bardzo. Trochę mi niedobrze.
-To normalne, organizm musi pozbyć się toksyny.
-Mogę wiedzieć gdzie jestem i która godzina?
-Pewnie. Moje mieszkanie, północny skraj Londynu, trzecia w nocy.
-Okay, chociaż tyle.
-Zostawiłem ci ubrania, gdybyś chciała się przebrać.
-Och, nie zauważyłam. Chyba pójdę.
-Powinno być lepiej. Czuj się jak u siebie.




W drodze do sypialni wymiotowałam cztery razy. Niezbyt przyjemnie, chociaż potem czułam się o wiele normalniej. Przebrałam się w duży biały t-shirt (Harry'ego) i męskie bokserki (również Harry'ego), siadłam na skraju łóżka i w zasadzie nie wiem na co czekałam. Może miałam zamiar przeczekać tak całą noc, nie mam pojęcia. Po prostu wydawało mi się to cholernie dziwne, gdybym zeszła na dół i jak gdyby nigdy nic usiadła przed jego telewizorem. Więc siedziałam i gapiłam się w zdjęcia.
Minął kwadrans, może dwa, zanim Styles pojawił się w progu pokoju.
-Mogę?- zapytał idiotycznie.
-Um, pewnie, to twoja sypialnia. Jakoś nie pytałeś o pozwolenie przed wtargnięciem do mojej.- odparłam, na co zachichotał.
-Racja.- usiadł obok mnie i spojrzał w tym samym kierunku. Milczeliśmy chwilę, ale o dziwo nie czułam się niezręcznie. Potem przerwał ciszę, mówiąc:
-Patrzyłem na nie codziennie.
Odwróciłam twarz ku niemu, na co, zachęcony moim zainteresowaniem, kontynuował:
-Patrzyłem na nie codziennie, marząc, że jeszcze kiedyś cię spotkam. A teraz znów siedzisz tak blisko mnie, a ja nie mogę w to uwierzyć. Tylko tu siedzisz i nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo mnie to uszczęśliwia.
-Ja... hmm... chyba mogę trochę posiedzieć, jeśli tak bardzo chcesz.
-Bardzo chcę. Ale... Czy mógłbym... Czy mógłbym cię przytulić? Ja... Chciałbym jeszcze raz mieć cię tak blisko jak kiedyś, usnąć trzymając cię w ramionach, chociaż tę jedną noc.- wyszeptał, spuszczając głowę.- Oczywiście nie musisz się zgadzać, może to zbyt wiele... Nie, w ogóle zapomnij, że pytałem, to nic, nieważne- zakończył pośpiesznie i wstał, ale nim zdążyłam pomyśleć, moja dłoń wylądowała na jego ramieniu. Zatrzymałam go.
-Nie idź. Zgadzam się- odszepnęłam. W jego oczach rozbłysło radosne wzruszenie. Wspiął się dalej na łóżko i ułożył tuż obok. W momencie, gdy przyciągnął mnie bliżej i zamknął w delikatnym uścisku swoich ramion, poczułam się jak dawniej, w najlepszych chwilach spędzonych razem. Nie było już dorosłej studentki i tajemniczego eks, śledzącego każdy jej krok; nie było zastraszonej maturzystki i jej brutalnego chłopaka; cofnęliśmy się do najszczęśliwszych czasów- istniała tylko dwójka zakochanych nastolatków, nie widzących poza sobą świata. Przez tą jedną noc znowu byliśmy razem ja i on, on i ja. On mój, a ja jego.
-Harry?
-Tak?
-Uratowałeś mnie.- przyznałam, zagryzając drżącą wargę.
-Kiedy tylko będziesz potrzebować, zawsze cię uratuję.- powiedział prosto do mojego ucha, splatając razem nasze palce.
-Dziękuję.- odparłam, ścierając z policzka jedną, małą łzę, chociaż nie byłam pewna, czy należała do mnie, czy do niego.

Zacieśniłam uścisk, przymknęłam oczy, a ciepło jego ciała, rytmiczne bicie jego serca i słodkie słowa szeptane przez jego usta, ukołysały mnie do snu.

____________________________________________________________________________ 
Witam!
Jak widać robi się słodko... niech Was to nie zmyli.
Mam nadzieję, że się podoba.
Do następnego x